niedziela, 3 lutego 2013

Alkoholowy chwyt marketingowy.



Wódka prosto z tajgi.

Pewnego razu będąc na zakupach, zauważyłem coś co przyciągnęło moją uwagę, a jednocześnie mnie zaniepokoiło. Otóż na półce z mocnymi trunkami stały sobie flaszki z napisem Wódka Taiga. Pisane dokładnie w ten sposób. Już zaczęło mnie ogarnąć patriotyczne wzruszenie, ale jednak coś mi tu nie pasowało. Co? Z tego co mi wiadomo, to wspaniała literka "ó" straszy dzieci głównie na polskich dyktandach. I chociaż występuje też w innych językach, to umówmy się, jest bardziej najsza, niż ichsza. A słowem "wódka" oprócz Polaków posługują się jeszcze tylko szczątkowe ilości Serbołużyczan. Więc właściwie mamy na nie nomen omen monopol. Ale, ale! Nigdy w Polsce tej marki nie widziałem. I w żaden inny sposób nie dotarła do mnie jej sława. W takim razie co jest grane? Zatem sprawdzam sobie etykietkę i okazuje się, że rzeczywiście, mam prawo jej nie znać, bo pochodzi z Salzburga. Ot sobie Austriacy sprytnie wymyślili. Tylko z tą Taigą trochę się machnęli, ale może chcieli zostawić swój własny drobny sznyt. Jest więc przynajmniej jedna branża, w której nasza marka kusi i przyciąga. Może nie najbardziej prestiżowa, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi wódkę.

Ostrość wybrała to co prawdziwie polskie.

A skoro już przy alkoholu jesteśmy. Jest tu na Słowenii coś, co w Polsce moim zdaniem wywołałoby masowe protesty, obalenie rządu albo inną rewolucję. O ile oczywiście znalazłby się odważny by to wprowadzić. Mam na myśli zakaz sprzedaży alkoholu po godz. 21. Jednym słowem masakra. Dowiedziałem się o tym przypadkiem. Wieczór, kroi się jakieś party, no to trzeba skoczyć po coś do sklepu. Noi zaczynają się schody. Raz, że znaleźć tu jakikolwiek sklep otwarty z wieczora to nie lada wyczyn. Słoweński lajfstajl nie przewiduje siedzenia w pracy po nocy. A co się będą męczyć. I dobrze, ale weź tu się człowieku przyzwyczaj, kiedy w ojczyźnie masz zawsze coś w pobliżu, no co najmniej do tej 23. Dwa, znaleźć sklep w ogóle, nie znając za bardzo miasta, to też nie bułka z masłem. W tym wypadku znowu okazuje się, że jestem rozpieszczony przez ojczyste zwyczaje. Szyldy, strzałki, bilbordy, wszystko to tak wali po oczach, że prędzej można coś przeoczyć w tym natłoku bodźców niż z ich braku. A tu? No tak, jest schludnie, estetycznie i porządnie. Architekci krajobrazu i urbaniści muszą być z siebie zadowoleni, ale jak szukasz sklepu, to zaczyna cię trafiać. Tymczasem jest, w końcu coś się przydarzyło! Otwarte! Alko stoi dumnie w lodówce. Podchodzę, biorę... I wtedy właśnie się dowiedziałem jak to działa. Musze przyznać, że nie ma lekko. Ale. Równowaga w przyrodzie musi być. Nie można kupić, a można pić! Pięknie zrymowałem, a równie piękne jest to, że można tu spożywać alkohol w miejscach publicznych. Przynajmniej ten nisko i średnio procentowy. Więc choć trzeba kombinować, to jednak nie ma tego złego. Wyobrażacie sobie, latem usiąść na ławce w sercu miasta, z nienajgorszym winkiem za półtora euro?...

Popularne winko za półtora. I to litr!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz