sobota, 16 lutego 2013

W gościnie.


Zdarzało mi się usłyszeć, że Słoweńcom bogactwo, dobrobyt i duch zachodu zawrócił w głowie. I że to już nie tacy dobrzy poczciwi Słowianie, co to z sercem na dłoni, do rany przyłóż i do tańca i do różańca. A na tle południowych, bałkańskich sąsiadów to w ogóle zimni i zamknięci. Ogólnie, wszędzie są ludzie i ludziska. Ale chyba natężenie tych pierwszych jest tu całkiem niezłe. A przekonałem się o tym wybierając się na wspominany ostatnio bieg. Założyłem sobie, że skoro już jestem w alpejskim kraju o pięknych narciarskich tradycjach, to warto poczuć to na własnej skórze. I wystartować chociaż w jednych z tutejszych zawodów. Na szczęście nie pojechałem na Maraton Bohinj, który choć rozgrywany w pięknych okolicznościach przyrody, w alpejskiej dolinie z krystalicznie czystym jeziorem, okazał się być przygodą zdecydowanie dla wyczynowców. 


Bohinjskie trasy.

Atrakcyjnie wyglądały za to Bloški Teki. Zawody dużo bardziej amatorskie, z dużą frekwencją, fajnie. Ale do Bohinja jeździ pociąg, a na Bloke, tylko autobus. Drogi, raz dziennie i o nieodpowiedniej godzinie. Nie zastanawiając się za długo, napisałem post na tutejszym forum dla biegaczy. Dla wykazania dobrej woli - łamanym słoweńskim. Ludzie, a nuż ktoś z was tam jedzie i ma trochę miejsca w aucie?! Zapłacę! I udało się. Znaleźli się "ludzie", ustaliliśmy, że mnie przygarną. Słowa maili zostały przekute na rzeczywistość i tak oto znalazłem się na zawodach. Zabrany spod samego akademika. Całość wyglądała w ten sposób, że czadowa słoweńska rodzina zawiozła mnie na miejsce, poczekała, aż doczłapię na metę, startując w międzyczasie na krótszym dystansie. Następnie zaprosiła mnie na obiad, a że mieliśmy doń po drodze, to nie było innej opcji, jak się zgodzić. Po obowiązkowym deserze w postaci jabolčnego zavitka, pogawędkach o podróżach i naszych krajach, zawiozła mnie z powrotem na miejsce. Nie chcąc zupełnie nic w zamian. Ba, proponując wspólne wypady w przyszłości. Cud miód. A przy okazji mogłem podszkolić sobie miejscowy język (acz oczywiście znają ci oni i angielski) i poznać kilka ciekawostek prosto od tubylców. Np. o tym, że zdarza im się we własnej wiosce spotkać na drodze... niedźwiedzia. Albo, że osad o tej samej nazwie - Gradišče - jest w Słowenii stosunkowo dużo (podobnie jak w Polsce "Grodzisk"), więc co roku mieszkańcy spotykają się w jednej z nich na specjalnym festynie. Okazje do zabawy są tu zresztą zawsze skrzętnie wykorzystywane.
Można np. zrobić naleśniki w akademiku, a przy tym napić się wina. Pewnego razu poszedłem do kuchni umyć naczynia. A wróciłem po kilku godzinach pojadłszy, popiwszy, pogadawszy ze miejscowymi. A jeszcze zostałem przezeń zaproszony na degustację žganje, czyli tutejszego sznapsu czy brandy własnej roboty. Oj chyba nie są tak zimni i nieprzystępni ci górale jak to niektórzy widzą. A i dobra gościna nie jest zła.


Kulturalna degustacja  žganje.

3 komentarze:

  1. Uwielbiam tę historię! Fajna to musi być rodzinka. A co do niedźwiedzia to tak się zastanawiam jak tamtejsi (mowa o Słoweńcach) z nimi współżyją. Przecież u nas to jak dzik się pojawia to tragedia, a co dopiero niedźwiedź. No nic, co kraj to groźna zwierzyna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Podobno kiedyś niedźwiedzie były dokarmiane, gdzieś w głębokim lesie. Z czasem stwierdzili, że to wbrew naturze i przestali. Więc teraz jest naturalnie i misie przychodzą szukać jedzenia do wiosek ;-)

    OdpowiedzUsuń